Twoja przeglądarka jest przestarzała, by przeglądać tą stronę wybierz nowsze rozwiązanie.
Spread Firefox Affiliate Button Opera, the fastest and most secure web browser

Wstęp

 

Przedstawiamy Państwu opracowanie zawierające informacje o historii naszej szkoły, dokonaniach nauczycieli i uczniów „Trójki” oraz garść wspomnień i anegdot z nią związanych, napisanych przez koleżanki i kolegów – absolwentów szkoły, a obecnie jej nauczycieli.

Gdyby szkoła miała swojego kronikarza, to bez problemu zapełniałby kolejne karty grubych tomów, upamiętniające osiągnięcia i cenne inicjatywy nauczycieli oraz wychowanków.

Zdajemy więc sobie sprawę z tego, że jeszcze wiele można było w tej monografii zamieścić, ale życie szkolne płynie tak szybko, dzieje się tak wiele, że nie sposób uratować wszystkiego

od niszczącego działania czasu.

Patronem naszej szkoły jest wielki renesansowy twórca; poeta – mędrzec, który wyśpiewywał dla poważnej igraszki na lutni swej pieśni i fraszki. Żartobliwie o sile oddziaływania jego poezji pisze Leopold Staff, stwierdzając, że wszystkie lipy w Polsce całej, pachną imieniem Twoim, Kochanowski Janie! Ponad 400 lat minęło od śmierci Mistrza z Czarnolasu, ale czas, który upłynął, w niczym nie osłabił siły oddziaływania jego słów, wartości formułowanych w tej poezji filozoficznych prawd i złotych myśli.

Powtórzmy więc za C.K. Norwidem: Czarnoleskiej ja rzeczy chcę, ta serce uleczy.

 

Lepiej się tedy zgadzać, a w spólnej miłości

Radzić o tym, żebyście w cale tej wolności

I swobody potomkom swoim dochowali,

Jaką wam prawie w ręce ojcowie podali.

Ale nic gruntownego stawić nie możecie,

Póki tego korzenia złego nie wyrwiecie,

Na którym sporny rozterk i niezgoda roście.

[…]

A wy tymczasem bądźcie, Polacy, cierpliwi,

Aż się jawnie pokaże, gdzie prawi, gdzie krzywi.

Ogrodziwszy sumnienie, ostatka czekajcie,

A nazbyt tych wolności swych nie wyciągajcie.

Bo tam dalej rozpusta, wszeteczność, swawola;

A kędy się to rodzi, nieszczęsna to rola.

(Zgoda)

 

 

 

Cnotę i w nieprzyjacielu, i w nieznajomych miłujemy. Ale

To słowo „cnota” wiele w sobie zamyka.

Naprzód mądrość, która czego szukać, a czego się chronić,

uczy.

Po tym sprawiedliwość, która każdemu, co jego jest, dać

każe.

Trzecia, wielkość umysłu, która na wzgardzeniu rzeczy

Doczesnych zależy.

Czwarta, skromność tak w mowie, jako i w uczynkach.

A z tych czterech cnót, jako czterech studzien, wiele in-

szych cnót pochodzi, które obyczaje ludzkie naprawiają.

[…]

Dwie tedy rzeczy człowieka szlachcią: obyczaje a rozum –

Obyczaje z cnót pochodzą, a rozum z nauk – obiedwie rzeczy

w sobie mieć rzecz nieprzepłacona jest człowiekowi. Ale jesli

przy jednej tylko masz zostać, raczej przy cnocie niż przy

nauce zostań, bo nauka bez cnoty, jako miecz u szalonego,

i sobie, i ludziom szkodzi; cnota, choć dobrze sama będzie,

chwalebna jest i pożyteczna.

[…]

Ale jako złota w ogniu, tak przyjaciela w potrzebie do-

świadczamy.

[…]

Ale że fundament przyjaźni cnota jest, niech się o to

Człowiek naprzód stara, aby co nalepszym był, potym, będąc

sam dobrym, u dobrych przyjaźni szukał.

(Wykład cnoty)

 

 

19 czerwca 2005 roku, w 475. rocznicę urodzin Jana Kochanowskiego, w Zwoleniu nasze liceum jako sygnatariusz podpisało Kartę Porozumienia Szkół i Instytucji im. Jana Kochanowskiego. Celem tego porozumienia jest m.in. ochrona dziedzictwa kulturowego, upowszechnianie humanistycznych wartości Jana Kochanowskiego oraz inicjowanie wspólnych konferencji naukowych i metodycznych, wydawnictw i publikacji, wspieranie rozwoju zawodowego i naukowego nauczycieli.

Aktywnie włączamy się w pracę Porozumienia, zrzeszającego szkoły i instytucje noszące imię poety z Czarnolasu.

Jedną z form współpracy są coroczne zjazdy sygnatariuszy Porozumienia w Zwoleniu.

 

 

Dawna „Trójka” we wspomnieniach

 

Naukę w „Piątce” rozpocząłem od trzeciej klasy, roku szkolnego 1936/37, a więc blisko 70 lat temu. Tutaj też zdałem „małą maturę”. Przedtem uczyłem się w gimnazjum w Jędrzejowie

i Miechowie, a po „małej maturze” przeniosłem się do „Ósemki” – wtedy A. Witkowskiego. Jak widać, uczyłem się w czterech różnych szkołach średnich i mam doskonałe pole do porównań. Wśród tych szkół V Gimnazjum zajmuje w moich wspomnieniach miejsce szczególne. Przejście z gimnazjum miechowskiego do krakowskiej szkoły było milowym przeskokiem. Miechów był wprawdzie oddalony od Krakowa zaledwie o 40 kilometrów, ale pod wieloma względami była to różnica epoki. Ten awans identyfikowałem z moją nową szkołą, z Gimnazjum Kochanowskiego. Kraków wydawał mi się wprost światową metropolią. Młodzież szkół średnich poznawało się po jednakowym umundurowaniu. Mieszkałem w bursie niewielkiej i bardzo skromnej, było tam w sumie 20 gimnazjalistów i 4 akademików; tylko ja jeden byłem z „Piątki”. Rychło zorientowałem się, że na uczniowskiej giełdzie rankingowej akcje mojej szkoły nie stały wysoko. Dopiero później, gdy przeszedłem do „Witkowskiego”, przekonałem się, że do liceum byłem bardzo dobrze przygotowany, nie gorzej niż koledzy, którzy przyszli z tych niby-najlepszych szkół. Nie pamiętam już nazwisk wielu profesorów

z ówczesnej „Piątki”, ale kilku z nich mam w żywej pamięci, zresztą z całkiem różnych powodów. W IV gimnazjalnej wychowawcą mojej klasy był polonista, nazwiska nie jestem pewien, starszy pan, doskonały pedagog, utrzymujący w klasie wielką dyscyplinę. Miałem wpadkę z tym czcigodnym człowiekiem. Pewnej wiosennej soboty, wracając ze szkoły

w ulewnym deszczu, przemoczyłem doszczętnie mundur. Po południu poszedłem do miasta

w jakimś nieprzepisowym ubraniu i bez czapki, co było absolutnie niedozwolone. Przechodziłem przez ulicę Szewską, która, podobnie jak linia A-B, była miejscem spacerów i schadzek młodzieży. Nie wiedziałem, że widział mnie tam mój wychowawca. Już

w poniedziałek wezwał mnie i oświadczył zwięźle: „Słuchaj, chłopcze, widziałem cię na Szewskiej. Byłeś ubrany nieprzepisowo. Bardzo się na tobie zawiodłem. Takich uczniów tutaj nie potrzebujemy. Chciałem, żebyś u nas pozostał (chodziło o przejście z gimnazjum do liceum), ale teraz – idź sobie do innej szkoły”. Mój srogi wychowawca był sprawiedliwym nauczycielem i dał mi na koniec roku ocenę bardzo dobrą, ale „blokady” nie cofnął.

Historii uczył nas profesor Bogatyński, którego wspominam nie dlatego, że ciekawie prowadził lekcje, ale dlatego, że był wielkim oryginałem; drzwi otwierał, naciskając klamkę łokciem, żeby, broń Boże, nie dotykać jej, bo tam czekały na niego miliony groźnych mikrobów, których bał się śmiertelnie.

Profesor Dańkowski uczył matematyki, mojego ulubionego przedmiotu. I znów pamiętam go nie dlatego, że był doskonałym nauczycielem, że dawał mi stale bardzo dobre oceny, ale dlatego, że często polecał mnie rodzicom słabych uczniów z niższych klas jako korepetytora. O ile dobrze pamiętam, płacono mi za tę pomoc 15–20 zł miesięcznie; każdorazowo otrzymywałem też doskonały podwieczorek.

Moim wychowawcą w „trzeciej” gimnazjalnej był dr Lubaczewski, który prowadził Wychowanie Cielesne. Niegdyś był doskonałym biegaczem na krótkich dystansach, a za moich czasów świetnym nauczycielem. Niski, tęgawy, flegmatyczny (a może tylko tak opanowany?), budził powszechną sympatię i szacunek – za grzeczność, kulturę, fachowość, stanowczość

i życzliwość okazywaną młodzieży. Dla niego każdy wysiłek sportowy był równocześnie szkołą charakteru, szlachetnego gestu, umiejętności przegrywania i skromności w chwilach zwycięstwa, systematyczności w treningach, przezwyciężania swoich słabości, doceniania koleżeństwa i przyjaźni. Wtedy chyba zacząłem rozumieć ideę olimpizmu – najważniejszy jest udział a nie zwycięstwo.

V Państwowe Liceum i Gimnazjum im. J. Kochanowskiego dysponując skromnymi środkami, spełniało z sukcesem podstawowe zadanie każdej szkoły – uczyć i wychowywać, dzięki talentom organizacyjnym pana dyrektora Indyka, dzięki talentowi pedagogicznemu grona profesorów, dlatego ze wszystkich szkół średnich, w których pobierałem naukę, właśnie „Piątkę” uważam za moją kochaną, dobrą „budę”. (Jerzy Folfasiński)

Moje III LO pamiętam jako stary, secesyjny budynek o wysokich, wąskich oknach. Szkoła mieściła się przy ul. Kochanowskiego, wewnątrz ciemne korytarze i same chłopaki. To było liceum męskie (pierwsze dziewczyny do szkoły przyjmowano dopiero od 1959 roku), ale nie narzekaliśmy na brak koleżanek - nasze podwórko dzieliliśmy z żeńskim VII LO.

Ówczesna szkoła to coś zupełnie innego i niewyobrażalnego w dzisiejszych czasach. Każdego obowiązywały wełniane mundurki z naszytą tarczą i „fałkami". Jedno „V" oznaczało 8, dwa - 9, a trzy - 10 klasę. Trzeba było naszyć je porządnie, bo do szkoły nie wpuszczano uczniów z tarczą przypiętą byle agrafką. Każdy musiał nosić granatową czapkę ze sztywnym daszkiem, nad którym na dwóch srebrnych guzikach przypięty był złoty sznurek.

Dyscyplina w szkole panowała absolutna. Pani profesor Karabułowa, która była wicedyrektorem, często spóźniała się na lekcję nawet o pół godziny. Klasa jednak (około czterdziestu uczniów) bez szmeru czekała na nią przy otwartych drzwiach.

O gronie pedagogicznym nie wiedzieliśmy wiele. Wśród nauczycieli był np. dyrektor szkoły profesor Jastrzębski, świetny matematyk. Z niektórymi profesorami łączyły się często różne tajemnicze historie. O łacinniku chodziły pogłoski, że był przed wojną prywatnym detektywem.. Jeden z najbardziej znanych nauczycieli w Krakowie, profesor Gul, ocalały z Powstania Warszawskiego, nie miał ręki, nogi, oka, a jego twarz pełna była blizn. Później został dyrektorem „Dwójki".

Wielkim dla mnie wydarzeniem w szkole było utworzenie w piwnicach szkoły Teatru Na Murze. Sami z kolegami po lekcjach opróżniliśmy piwnice z gruzu i węgla, podciągnęliśmy elektryczność, zbudowaliśmy scenę. Premierą był spektakl złożony z fragmentów „Teatrzyku Zielona Gęś" Gałczyńskiego. Teatr Na Murze pojechał nawet na Festiwal Teatrów Młodzieżowych w Zagrzebiu (1959). Reżyserem i twórcą tego teatru był druh drużynowy z 11 klasy, Wojtek Jesionka. Bardzo znaczącą rolę u wychowanków szkoły odgrywały 29. i 40. Krakowska Drużyna Harcerska „Huragan”. KDH organizowała podchody, wycieczki i tzw. wieczornice.

Pomimo ponurości samego budynku i surowej dyscypliny, do której byli zmuszani, wielu uczniów liceum wyrosło na ludzi odnoszących sukcesy naukowe - fizyk jądrowy, mikrobiolog, inżynier środowiska, lekarze. Moja klasa wydała kilkunastu wybitnych wykładowców prestiżowych dziś uczelni w Polsce, Stanach Zjednoczonych i Niemczech. (Krzysztof Pietsch – pedagogika i psychologia)

 

Wspomnienia i refleksje nauczycieli – absolwentów „Trójki”

 

Dla mnie szkoła średnia, „Trójka”, to był malutki krok w dorosłość i samodzielność. Wtedy poznałam, czym jest odpowiedzialność dorosłych. „Kochanowski” był szkołą życia nie tylko dla mnie. (Krystyna Kalinowska – język polski)

 

Jak to jest całe życie chodzić do szkoły? Są tacy, którzy się na to decydują, więc wybierają ten zawód i skaczą na głęboką wodę, choć pewnie w uszach brzmią im słowa: „obyś cudze dzieci uczył”. Jeśli prześledzić losy abiturientów III LO, to okaże się, że wielu z nich wraca do miejsca, z którym łączy się tyle wspomnień, skojarzeń, anegdot…

 

Los zrządził, że ja po latach wróciłem do „Trójki” jako nauczyciel pedagogiki i psychologii. Wróciłem też do szkolnej działalności teatralnej – tym razem jako juror w czternastu edycjach Fekuszu. Szkoła znajdowała się już w Nowej Hucie, w innych murach i innych czasach, ale młodzież, z którą przyszło mi pracować, była w gruncie rzeczy podobna do tej z moich czasów”, wrażliwa, poszukująca, zdolna i ambitna, z pewnością osiągnie jeszcze większe sukcesy niż moi koledzy, bo teraz ma przed sobą cały świat. (Krzysztof Pietsch)

 

 

A to, że będę pracować w III LO, zostało mi przepowiedziane! Zdarzyło się to, kiedy byłam w pierwszej klasie. Mieliśmy lekcje angielskiego w sali 23a. Jeden z kolegów nie rozumiał czegoś z gramatyki i poprosił o wyjaśnienie naszego anglistę, pana prof. Roberta Dudę. Profesor odpowiedział bez namysłu: „Spytaj o to Ankę Szustkiewicz, bo ona za dziewięć lat będzie stać tutaj na moim miejscu”. Przepowiednia sprawdziła się – i to w czasie nawet krótszym, gdyż zaczęłam pracować w „Trójce” podczas studiów. Słowa mojego anglisty przypominają mi się czasem, kiedy mam zajęcia w 23a. ( Anna Szustkiewicz - język angielski)

 

Pamiętam, w drugiej klasie historii zaczął nas uczyć absolwent naszego liceum – Antoni Downar. Pomyślałam sobie, że to dziwne, tak wracać do własnych nauczycieli, którzy i ciemne strony naszej szkolnej egzystencji dobrze znali. A teraz sama tu wróciłam, nie zawahałam się ani chwili, kiedy tylko znalazł się wakat dla anglisty. I nie żałuję. Pan Antoni Downar pewnie też. (Agata Adamska - język angielski)

 

Moment opuszczenia szkoły nie zapisał się w mojej pamięci znaczniejszym akcentem. Nie przypuszczałem, że kiedyś jeszcze do niej powrócę. Tymczasem z woli Opatrzności Bożej znów (od lat ośmiu) mam szansę wpływać jakoś na kształt naszej poczciwej - jak mawialiśmy - „budy”. Z tą jednakże różnicą, że obecnie stoję po tej drugiej stronie katedry, a rzeczywistość lat 80. to już historia. (ks. Piotr Gąsior - katecheta)

 

Wiele, wiele wspomnień przelatuje przez głowę… A to wieczornice, a to Fekusz…Co wymyślić, by zająć nauczycielowi lekcję…I wymyślaliśmy, i przychodziliśmy, i lubiliśmy tę szkołę, naszą szkołę!!! A mnie to zostało do dzisiaj, opuściłam ją na pięć lat i wróciłam znowu, bo to naprawdę jest MOJA SZKOŁA! (Marta Łój - matematyka)

 

Pamiętam również lekcje historii z profesorem Downarem. Często się z nim nie zgadzałam, po prostu kłóciłam się, zawsze wszystko wiedziałam lepiej – ku radości całej klasy i utrapieniu uczącego. Wówczas zawsze miałam rację – dziś wiem, że nie jest to takie oczywiste. Ale… Ukończyłam historię, wróciłam do III LO – uczę - i teraz ze mną nie zgadzają się uczniowie. Koło się zamknęło. (Joanna Wolska – historia)

 

Jak się nazywa i skąd bierze się siła, która przyciąga byłych uczniów do tego liceum. Czy wśród tych absolwentów, którzy od lat pojawiają się na rozpoczęciu roku szkolnego kolejnego 1 września, tworząc IV, V czy VI a, b, c, stoją przyszli profesorowie od polskiego, fizyki czy geografii? O skali fenomenu niech zaświadczą liczby – w roku jubileuszowym 2005/2006 w gronie pedagogicznym doliczyliśmy się 20 absolwentów III LO!

Jak wspominają swoje szkolne lata, co zostało w ich pamięci?

 

III Liceum Ogólnokształcące… „Trójka”… trzeci zakład… Chociaż minęło już tyle lat, te nazwy dalej wywołują u mnie wzruszenie. Nie jest ważne, które pokolenie opuszcza tę szkołę, zawsze nazywamy ją tak samo i wydaje nam się, że to właśnie my wymyśliliśmy tę nazwę. Tak było 25 lat temu, tak jest teraz i tak było przypuszczalnie przede mną. (Marta Łój -matematyka)

 

Ola Watowa, żona poety Aleksandra Wata, rozpoczęła swoje wspomnienia zdaniem:

„Wszystko, co najważniejsze w moim życiu, wiąże się z Aleksandrem”. Myślę, że mogę powiedzieć coś podobnego: ogromna część tego, co w moim życiu ważne, łączy się z III Liceum.. (Małgorzata Bugajska-Solarz – język polski)

 

Uczeń wystraszony, choć szczęśliwy, że się dostał do „Supertrójki”, przychodzi do szkoły i kilka lat kombinuje - uczy się – zdobywa wiedzę… Potem wymarzone studia i czasem nieoczekiwany, czasem wymarzony powrót do III Zakładu. I chociaż teraz stoi po drugiej stronie katedry, to przecież nie zapomniał swoich uczniowskich przeżyć.

 

W 1971 roku mieszkałem na powstającym dopiero osiedlu Tysiąclecia. Najbliższym liceum była „Trójka”, tutaj więc udałem się na egzaminy wstępne po ósmej klasie podstawówki. Zostałem przyjęty, ku mojemu zdumieniu, do klasy o profilu matematyczno-fizycznym. Powodem było pewne nieporozumienie. Otóż zadanie z matematyki rozwiązałem w zupełnie niekonwencjonalny sposób, inny niż przewidywany, i wobec tego uznany zostałem za początkującego geniusza matematycznego. Nieco wstydliwa prawda jest taka, że użyłem tego sposobu, bo nie znałem innego i każde zadanie próbowałbym rozwiązać, posiłkując się twierdzeniem Talesa z Miletu. Na egzaminie wstępnym z języka polskiego też wypadłem dobrze. Pytany o ulubionego poetę polskiego ze szczerym zapałem wychwalałem twórczość Władysława Broniewskiego. (Nadmienię, że pytany o to samo na maturze mówiłem o Zbigniewie Herbercie.)

Następne cztery lata spędziłem w III LO, którego Dyrekcja i Grono Profesorskie starały się, bez powodzenia, odwieść nas od zasady: chłopcy mają włosy dłuższe niż spódniczki dziewcząt. Ale to już osobne opowiadanie…(Antoni Downar – historia)

 

Przyjęty zostałem do klasy o profilu biologiczno- chemicznym. Przypominam sobie, jak stałem przed listą nazwisk moich przyszłych koleżanek (jak się potem okazało bardzo sympatycznych) i kolegów, sprawdzając, czy będzie nas przynajmniej kilku, aby móc pograć w piłkę. Z ulgą stwierdziłem, że ponieważ jest nas ośmiu, więc będziemy mogli stworzyć nawet dwie drużyny. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, że mój pobyt w szkole nie będzie upływał wyłącznie na boisku. Nauki mieliśmy dość dużo. Z reguły jednak tak zwane odrabianie zadań pozostawiałem na czas godzin wieczornych i nocnych, co skutkowało niekiedy na lekcjach w dniu następnym - delikatnie mówiąc - ogólnym otępieniem. Nie można przecież jednak było poświęcać całej młodości li tylko szkole… I miałem wrażenie, że taką „filozofię” wyznawało wielu moich kompanów. Co robiliśmy w czasie wolnym? O to trzeba pytać każdego z osobna. Tak czy owak nieraz musieliśmy liczyć na solidarny gest współczucia ze strony dorosłych dla „uciemiężonej” młodzieży końca XX wieku . Zostały mi nawet nasze układane naprędce wierszyki, które wygłaszaliśmy przed profesorami na początku lekcji. Ich wartość poetycka jest wątpliwa, ale prawie zawsze „skutkowały”. Oto jeden z nich:

Każdy już na ferie czeka,

Wielki leń wchodzi w człowieka,

Nauka nam wychodzi bokiem,

Lecz nadzieja w sercu skryta,

Że nas dzisiaj nikt nie spyta. (ks. Piotr Gąsior - religia)

 

Myśli uciekają do tych lat, kiedy jako uczennica zasiadałam w ławie szkolnej i tyle różnych zdarzeń przypomina mi się równocześnie, że nie wiem, od czego zacząć… Czy od wspomnień, gdy nagrywaliśmy kasetę dla pani profesor Krzyk, ze słynnym przebojem „… Krycha, ja nie jestem Ciebie wart(aaa…)” ułożonym specjalnie na tę okazję, czy od lekcji języka polskiego z panem profesorem J. Kamińskim, kiedy „mieszaliśmy placki ziemniaczane z błękitem nieba” i ten błękit tak utkwił nam w pamięci, że na drugi dzień wszystkie dziewczęta w klasie przyszły na język polski z ogromnymi błękitnymi kokardami we włosach… Czy kiedy wyszliśmy z matematyki od pani profesor Misterki szukać wiosny…(nie piszę, jak się to skończyło, ale wiosny szukaliśmy tylko raz!)… Czy od wspomnień, gdy chcąc wyposażyć gabinet biologiczny, szukaliśmy pijawek u starych fryzjerów, a trafiliśmy do starego zegarmistrza… Czy kiedy od Mistrza (pana profesora B. Serczyka) dowiadywaliśmy się, że nawet ćwierćinteligentami nie jesteśmy (wyjściową nazwą ucznia był półinteligent)… Czy od tego, gdy pani profesor Krzyk zaczynała lekcje w naszej klasie od zażycia relanium, mówiąc: „No, teraz mogę was pytać!”. (Marta Łój)

 

Pani profesor Anna Folfasińska-Małota to chyba nas się bała. Bo jakie inne uczucie towarzyszy „biednemu” nauczycielowi, kiedy, zadawszy jakiekolwiek pytanie, widzi „las rąk” uczniaków chętnych do odpowiedzi? (Agata Adamska)

 

Nasz nauczyciel angielskiego był bardzo wymagający, a sprawdziany przez niego przygotowywane przerastały zdecydowanie nasze możliwości. Przed kolejnym testem z ogromnej partii materiału w klasie zapanowała prawdziwa panika. W dniu, w którym miał się odbyć sprawdzian, zobaczyłam szkolne towarzystwo blade, mizerne i zmęczone. Nie przespaliśmy bowiem ostatniej nocy, ucząc się j. angielskiego. Niestety, poziom naszej wiedzy nie dorównywał naszemu zmęczeniu. Lekcja miała się rozpocząć o 7.30. Gdy było już 15 minut po dzwonku, a naszego nauczyciela ciągle nie było, w nasze serca zaczęła wstępować nadzieja. Ktoś wpadł na pomysł, że skoro profesora nie ma, to przeczekamy pozostałą część lekcji w bibliotece. Tam się też udaliśmy, w pośpiechu, by przypadkiem nie spotkać nauczyciela, gdyby się spóźnił. W bibliotece czas upływał nam w błogim nastroju, w końcu klasówka nam się „upiekła”. Przed końcem lekcji postanowiliśmy wrócić do klasy. Jakież było nasze zdumienie, gdy zastaliśmy w niej nauczyciela, który oświadczył nam, że owszem spóźnił się 20 minut, ale próbował nas dyskretnie znaleźć, ponieważ wiedział, że cała klasa nie mogła zniknąć. W tej chwili pogratulowaliśmy sobie pomysłu z biblioteką. Pan profesor prosił: „powiedzcie, gdzie się schowaliście, nic wam nie zrobię, tylko powiedzcie, GDZIE?”. Nie przyznaliśmy się. Tak cudowny wynalazek mógł nam się jeszcze przydać.

(Joanna Murzyn - historia).

 

Uważam, że my, ówcześni uczniowie, byliśmy prekursorami wielu nowinek. Nikt z nas nie słyszał wtedy o mowie ciała, jednak wystarczyło jedno spojrzenie naszej wychowawczyni, a zarazem nauczyciela matematyki – pani profesor K. Misterki― i już wszystko rozumieliśmy! W tamtych latach nikt nie uczył nas podstaw przedsiębiorczości, a jednak pod skrzydłami naszego opiekuna (pani K. Misterki) prężnie działaliśmy w Spółdzielni Uczniowskiej. Ja pracowałam w sekcji propagandowej, a więc reklama była moją specjalnością. Hitem okazały się sprowadzone przez nas do sklepiku szkolnego czekoladki bez kartek (okres stanu wojennego). Do dnia dzisiejszego pamiętam ich smak. Osłodziły one wiele smutnych chwil, np. wówczas, gdy pani profesor Krzyk nie przyznała mi Nobla za perpetuum mobile „skonstruowane” na sprawdzianie z fizyki. Już tylko czekoladki pozostały nam na osłodę życia podczas jednej z wycieczek klasowych. Okazało się bowiem, że nasza wychowawczyni znalazła ukrytego w szafie kolegę. Dlaczego był ukryty? (Małgorzata Knap - chemia)

 

Pamiętam bardzo dobrze lekcje języka polskiego z panią J. Pyś-Miklasz, która różnymi sposobami próbowała rozruszać nas intelektualnie i skłonić do twórczego myślenia. Myślę, że to się jej udało, chociaż początki nie były obiecujące. W pierwszym czy drugim miesiącu nauki w liceum pani profesor powiedziała nam – w związku z naszymi nieudolnymi próbami analizowania jakiegoś polonistycznego problemu - że jesteśmy infantylni. O ile dobrze pamiętam, nikt z klasy nie wiedział, czy to komplement, czy słowo o wręcz przeciwnym znaczeniu. Dopiero słownik wyrazów obcych, do którego zajrzeliśmy po powrocie do domu, wyjaśnił wszystko… Kiedyś, gdy masowo nie przeczytaliśmy III części „Dziadów”, pani profesor mocno się zdenerwowała i na znak protestu przeciwko naszej ignorancji wyszła na chwilę z sali. Miała rację! Teraz, jako polonista, także uważam, że nieznajomość narodowego dramatu to zbrodnia przeciw ludzkości! (Małgorzata Bugajska-Solarz)

 

Lubiłam chodzić do „Trójki”, mimo że szkoła jest z wyglądu o wiele bardziej „szkolna” w porównaniu z moim poprzednim liceum na Kazimierzu, z którego się przeniosłam. Długie korytarze, wysokie sklepienia, łuki nad drzwiami stylowego budynku przy ulicy Wąskiej wolałam zamienić na szeroki hall i dużą stołówkę w prostym budynku pośrodku nowohuckiego osiedla. Wreszcie miałam do szkoły blisko, wreszcie nie musiałam wstawać o 5 rano, żeby zdążyć na 7.15 i tłuc się tramwajem z przesiadką na Kazimierz – po ciemku, śnieg czy deszcz, wreszcie mogłam spacerkiem wracać do domciu po lekcjach, opychając się frytkami z budki obok przystanku. I co najważniejsze – nie było aż tak groźnie, aż tak stresująco. Co za ulga!

Wylądowałam w naszej szkole w samym środku roku szkolnego, dołączając do klasy, jak się szybko okazało, świetnych, pomysłowych i wesołych ludzi. W mojej szybkiej integracji z klasą pomogła mi też bardzo pani wychowawczyni, profesor Donata Wajda. Ogromnym plusem była możliwość wybierania profilu. Lekcje w „humanie” po prostu uwielbiałam. Szybko okazało się, że w „Trójce” nie tylko uczy się nowych i ważnych rzeczy – można też rozwijać zaniedbane wcześniej talenty (np. pisarskie, plastyczne, śpiewacze) i ma się czas na wszystko, co ważne ― znajomych, zabawę i naukę. W poprzedniej szkole te sprawy wydawały się nie do pogodzenia. (Małgorzata Pietsch - język angielski)

 

Wspomnienia naszych koleżanek i kolegów związane są również z ich artystycznymi dokonaniami i pasjami, już w „Trójce” rozwijanymi.

 

Lata spędzone w III Liceum kojarzą mi się również z zabawą w teatr. Pierwsze próby nie były zbyt udane, ale potem pod opieką pana Jerzego Ridana osiągnęłyśmy chyba niezły, jak na amatorki, poziom. Ostatecznie, zdobyłyśmy Złotą Jodłę za spektakl dadaistyczny na podstawie tekstu Tristana Tzary. Pamiętam, jak godzinami szyłyśmy ogromną płachtę z czterema otworami, w których miały się znajdować postacie: Usta, Oko I, Oko II (ja !), Nos. Podobno naszym najlepszym występem był ten na deskach Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach, ale dla mnie najważniejsza była premiera w Domu Kultury na os. Tysiąclecia, przed koleżankami i kolegami z klasy i ze szkoły. Zważywszy na to, jak bardzo nas wtedy pochłaniała ta teatralna przygoda, trochę dziwne jest, że żadna z nas nawet nie pomyślała, by zdawać do PWST ― Monika i Aneta skończyły Akademię Medyczną, Basia― socjologię, Małgosia jest biologiem. (Małgorzata Bugajska-Solarz)

 

Bardzo miło wspominam też Fekusze, a szczególnie ten, w którym moja klasa wystawiła wampiriadę – iście gwiazdorski popis. Ulka Sulej niczym Polański stworzyła atmosferę grozy i gdyby „Wampir Erdélból” został wtedy sfilmowany, pobiłby z pewnością rekordy kasowe! Ja też wtrąciłam do spektaklu swoje trzy grosze, bo przetłumaczyłam tytuł na węgierski, którego uczyłam się w poprzedniej szkole. Co prawda nikt nie wiedział, co ten tytuł oznacza, ale przynajmniej był tajemniczy… i mroczny, jak sam Drakula. Wciąż czekam na adaptację na srebrnym ekranie. (Małgorzata Pietsch)

 

Dramatyczne wydarzenia, które działy się w Polsce, miały swój ślad w życiu szkoły

i wspominane są również przez nasze koleżanki i kolegów.

 

Młodzieńczą sielankę przerwał nam wprowadzony w naszej ojczyźnie w grudniu 1981 roku stan wojenny. Pamiętam, że otrzymaliśmy coś w rodzaju „pouczenia”, aby się nie gromadzić na placach i ulicach, wracać do domów przed godziną policyjną i absolutnie nie ulegać pokusie wagarów. O ile sobie dobrze przypominam, kazano nam nosić przy sobie legitymację, gdzie miało być zaznaczone, o jakiej porze (rannej lub popołudniowej) mamy zajęcia lekcyjne. Kiedyś faktycznie byłem o to wypytywany przez napotkany opodal Arki patrol zomowców.

O modlitwie w szkole nie było w ogóle mowy. A jednak okazało się, że i w tej kwestii coś się działo. Nie mogę sobie przypomnieć, kto zainicjował to, że na jednej z przerw zaczęliśmy się gromadzić na końcu koryta, aby odmawiać z Janem Pawłem II „Anioł Pański”. I praktyka ta trwała przez jakiś dłuższy czas.

Wyjątkowym wydarzeniem był przygotowany w naszej klasie – chyba jako pierwszy w szkole – tradycyjny opłatek przed Bożym Narodzeniem. Był na nim obecny pan wychowawca – Jacek Białek, ale poza tym wszystko czyniliśmy w wielkiej tajemnicy. Niemal tak, jakby za drzwiami stał jakiś Herod. (ks. Piotr Gąsior - religia)

 

Były to czasy zmian. W klatce schodowej na parterze szkoły zbieraliśmy się na modlitwy za ojczyznę. Organizował to nasz kolega Jakub Urbanowicz. Paliliśmy świeczki i … baliśmy się. Ale wiało nowym – nadzieją na wolność, biedną, ale naszą. (Agata Adamska)

 

Wspominający swoje szkolne lata nauczyciele – absolwenci zapamiętali swoich pedagogów także jako ludzi życzliwych, otwartych i mądrych.

 

Grono profesorskie było w mojej ocenie w porządku. Ceniłem i cenię ich jednak nie tylko za przekazywaną nam wiedzę, lecz za to, że od czasu do czasu odsłaniali przed nami coś ze swych przekonań, wyznawanego światopoglądu czy hierarchii wartości. W tym miejscu chcę wspomnieć na przykład panów profesorów: Tadeusza Matusza, Michała Poźniczka i Antoniego Downara. Z wielkim szacunkiem odnoszę się także do naszego wychowawcy pana profesora Jacka Białka. (ks. Piotr Gąsior)

 

Moja klasa była wyjątkowo zgrana – wielu z nas do tej pory utrzymuje kontakty ze sobą oraz z naszą niezwykłą wychowawczynią, panią profesor Krystyną Krzyk. Mimo że jej nazwisko trafnie opisuje jej charakter, zawsze można było na niej polegać i wiele razy dzielnie stawała w naszej obronie. (Anna Szustkiewicz)

 

Profesor Downar przekazywał nam informacje o wolnej Polsce, tyle, ile mógł i tak, jak mógł. Zadbał o to, abyśmy nie mieli fałszywego obrazu naszego kraju. (Agata Adamska)

 

Wychowawcą naszej klasy był profesor Tadeusz Matusz – matematyk. Myślę, że wywarł duży wpływ na naszą postawę, nasze myślenie o rzeczywistości. Bardzo mile wspominam też lekcje języka angielskiego z panią Barbarą Kokosińską. Pożyczała nam kasety, które dostawała ze Stanów, a których nie sposób było kupić wtedy w Polsce. Do dziś mam kasetę U2, przegraną od pani profesor. (Małgorzata Bugajska-Solarz)

 

Później, na studiach, wielce mi brakowało inspirujących lekcji języka poskiego z panią profesor Jolantą Pyś-Miklasz, angielskiego z panią profesor Klaudią Król-Józagą – jej zestaw ślicznych angielskich wyrażonek na każdą okazję przydał mi się na anglistyce. (Małgorzata Pietsch)

© 2010 III Liceum Ogólnokształcące
Krzysztof Piskorz