V Państwowe Liceum i Gimnazjum im. J. Kochanowskiego dysponując skromnymi środkami, spełniało z sukcesem podstawowe zadanie każdej szkoły – uczyć i wychowywać, dzięki talentom organizacyjnym pana dyrektora Indyka, dzięki talentowi pedagogicznemu grona profesorów, dlatego ze wszystkich szkół średnich, w których pobierałem naukę, właśnie „Piątkę” uważam za moją kochaną, dobrą „budę”.
Naukę w „Piątce” rozpocząłem od trzeciej klasy, roku szkolnego 1936/37, a więc blisko 70 lat temu. Tutaj też zdałem „małą maturę”. Przedtem uczyłem się w gimnazjum w Jędrzejowie i Miechowie, a po „małej maturze” przeniosłem się do „Ósemki” – wtedy A. Witkowskiego. Jak widać, uczyłem się w czterech różnych szkołach średnich i mam doskonałe pole do porównań. Wśród tych szkół V Gimnazjum zajmuje w moich wspomnieniach miejsce szczególne. Przejście z gimnazjum miechowskiego do krakowskiej szkoły było milowym przeskokiem. Miechów był wprawdzie oddalony od Krakowa zaledwie o 40 kilometrów, ale pod wieloma względami była to różnica epoki. Ten awans identyfikowałem z moją nową szkołą, z Gimnazjum Kochanowskiego. Kraków wydawał mi się wprost światową metropolią. Młodzież szkół średnich poznawało się po jednakowym umundurowaniu. Mieszkałem w bursie niewielkiej i bardzo skromnej, było tam w sumie 20 gimnazjalistów i 4 akademików; tylko ja jeden byłem z „Piątki”. Rychło zorientowałem się, że na uczniowskiej giełdzie rankingowej akcje mojej szkoły nie stały wysoko. Dopiero później, gdy przeszedłem do „Witkowskiego”, przekonałem się, że do liceum byłem bardzo dobrze przygotowany, nie gorzej niż koledzy, którzy przyszli z tych niby-najlepszych szkół. Nie pamiętam już nazwisk wielu profesorów z ówczesnej „Piątki”, ale kilku z nich mam w żywej pamięci, zresztą z całkiem różnych powodów. W IV gimnazjalnej wychowawcą mojej klasy był polonista, nazwiska nie jestem pewien, starszy pan, doskonały pedagog, utrzymujący w klasie wielką dyscyplinę. Miałem wpadkę z tym czcigodnym człowiekiem. Pewnej wiosennej soboty, wracając ze szkoły w ulewnym deszczu, przemoczyłem doszczętnie mundur. Po południu poszedłem do miasta w jakimś nieprzepisowym ubraniu i bez czapki, co było absolutnie niedozwolone. Przechodziłem przez ulicę Szewską, która, podobnie jak linia A-B, była miejscem spacerów i schadzek młodzieży. Nie wiedziałem, że widział mnie tam mój wychowawca. Już w poniedziałek wezwał mnie i oświadczył zwięźle: „Słuchaj, chłopcze, widziałem cię na Szewskiej. Byłeś ubrany nieprzepisowo. Bardzo się na tobie zawiodłem. Takich uczniów tutaj nie potrzebujemy. Chciałem, żebyś u nas pozostał (chodziło o przejście z gimnazjum do liceum), ale teraz – idź sobie do innej szkoły”. Mój srogi wychowawca był sprawiedliwym nauczycielem i dał mi na koniec roku ocenę bardzo dobrą, ale „blokady” nie cofnął. Historii uczył nas profesor Bogatyński, którego wspominam nie dlatego, że ciekawie prowadził lekcje, ale dlatego, że był wielkim oryginałem; drzwi otwierał, naciskając klamkę łokciem, żeby, broń Boże, nie dotykać jej, bo tam czekały na niego miliony groźnych mikrobów, których bał się śmiertelnie. Profesor Dańkowski uczył matematyki, mojego ulubionego przedmiotu. I znów pamiętam go nie dlatego, że był doskonałym nauczycielem, że dawał mi stale bardzo dobre oceny, ale dlatego, że często polecał mnie rodzicom słabych uczniów z niższych klas jako korepetytora. O ile dobrze pamiętam, płacono mi za tę pomoc 15–20 zł miesięcznie; każdorazowo otrzymywałem też doskonały podwieczorek. Moim wychowawcą w „trzeciej” gimnazjalnej był dr Lubaczewski, który prowadził Wychowanie Cielesne. Niegdyś był doskonałym biegaczem na krótkich dystansach, a za moich czasów świetnym nauczycielem. Niski, tęgawy, flegmatyczny (a może tylko tak opanowany?), budził powszechną sympatię i szacunek – za grzeczność, kulturę, fachowość, stanowczość i życzliwość okazywaną młodzieży. Dla niego każdy wysiłek sportowy był równocześnie szkołą charakteru, szlachetnego gestu, umiejętności przegrywania i skromności w chwilach zwycięstwa, systematyczności w treningach, przezwyciężania swoich słabości, doceniania koleżeństwa i przyjaźni. Wtedy chyba zacząłem rozumieć ideę olimpizmu – najważniejszy jest udział a nie zwycięstwo.
Jerzy Folfasiński
2026-04-16