Data publikacji: 15 05 2020

Jeszcze przez kilka miesięcy idąc nieprzytomnie na 7:10 do Trójki stawałam przed identycznym budynkiem SzP 104. Orientowałam się po wchodzącym „drobiazgu”, który nie pasował mi do „dorosłego”  liceum.  Jako, że oferta szkoły (była wtedy rejonizacja) nie ogarniała moich wszechstronnych artystycznych zainteresowań , rodzice zadecydowali, że najlepszym rozwiązaniem dla mnie będzie klasa ogólna o nachyleniu pedagogicznym. Wtedy myślałam: Nigdy! W życiu belfrem nie będę! Po pierwszej klasie nie chciałam robić nic innego. To osobowości nauczycieli zawróciły mi w głowie. Jak się zorientowałam, że uczyłam się z przyjemnością i z zapałem, sama chciałam wysłać się do specjalisty. Z roku na rok moje przekonanie, że to piękny i kreatywny zawód rosło, a jedynym dylematem był wybór przedmiotu, który kiedyś będę wykładać … w Trójce, bo też takie miałam założenie. Po wielu rozterkach czy zostać geografem, polonistą, fizykiem czy anglistą wybrałam tego ostatniego. Niestety, z przyczyn ekonomicznych, wiedziałam bowiem ile zarabiają nauczyciele, a anglista zawsze gdzieś mógł znaleźć pracę dorywczą. I tak się stało. Po kilku latach po moich studiach znalazł się wakat i oto koło się zamknęło.

Co pamiętam z Trójki? A ile miejsca mogę zająć? 😉

Po pierwsze niezapomniana p. Prof Krystyna Krzyk. Kobieta, której nazwisko mówiło wszystko, bo krzyczała, gdy się cieszyła naszymi sukcesami czy z naszych pomysłów, i kiedy nam się należało. Tak już miała. Jej niezapomniany pierścień z jakiegoś kosmicznego minerału, bo siła z jaką uderzała nim w stół w celach dyscyplinujących, i tak zdyscyplinowaną klasę, zaprzeczała ziemskiemu pochodzeniu kamienia. Oraz słynne: „Adamska, uczesz się, bo wyglądasz, jakby pieron walnął w rabarbar”, komentując moją nieujarzmioną „koifjurę” pokręconej nastolatki. I wreszcie czerwcowa lekcja fizyki podczas dusznego i burzowego dnia, kiedy p. Profesor – korzystając z okazji, że zjawisko samo pcha się do sali – zaczęła dynamicznie tłumaczyć magię grzmotu i  błyskawicy, i w momencie, gdy miało nastąpić apogeum wykładu, p. Profesor rzuciła ręką w stronę otwartego okna z okrzykiem: I wtedy walnął piorun! I piorun autentycznie walnął. Do końca szkoły nie śmieliśmy kwestionować niczego.

Niezapomniana p. Prof Anna Folfasińska-Małota, która tak mi zawróciła w głowie, że w trakcie Jej wykładów wprowadzających epokę po prostu zapominałam notować. Pamiętam też, że postanowiłam  nauczyć się słownika ortograficznego na pamięć. Byłam najlepsza, więc, gdy w jednym czy drugim niezliczonym dyktandzie zrobiłam jeden błąd, dostawałam najniższą ocenę, podczas gdy inni dostawali najwyżej minus, ale wciąż przy najwyższym stopniu. Nigdy nie miałam za złe mojej nauczycielce i oczywiście migiem  poprawiałam tę złą ocenę. I kiedy onegdaj usłyszałam, że może  i mam świetną pamięć i wrażliwość literacką, ale pióro nieco drętwe, byłam zrozpaczona i rozczarowana. Z  czasem jednak dziękowałam obecnie mojej koleżance Ani, bo decyzja pójścia na Anglistykę była najlepsza na świecie.

I oczywiście byłam w Samorządzie, chyba nawet Przewodniczącą Szkoły i oczywiście, że występowałam na FeKuSzu, w przedstawieniu poetyckim.

Pamiętam też akcje patriotyczne młodzieży, bo było świeżo po wprowadzeniu Stanu Wojennego.  Mój kolega z klasy, Kuba Urbanowicz, prowadził Modlitwy za Ojczyznę na długich przerwach na tylnych schodach na parterze koło biblioteki. Dochodziły do nas również słuchy o burzliwych Radach Pedagogicznych, bo – jak można się domyśleć – w czasie rodzącej się nowej-ale-jeszcze-niecałkowicie-wolnej Polski, nasze grono było, delikatnie mówiąc, podzielone.

Pomyślałam sobie, że spędzanie dorosłego życia zawodowego w tak ciekawym środowisku, kształtowanie młodego człowieka na tyle sposobów, na ile wyobraźnia pozwala, ciągłe rozwijanie się zgodnie z duchem czasu, to wystarczające wynagrodzenie.  To wróciłam.

I coś ty Trójko narobiła? 😅

Agata Adamska, matura 1985

Wiele, wiele wspomnień przelatuje przez głowę… A to wieczornice, a to Fekusz…Co wymyślić, by zająć nauczycielowi lekcję…I wymyślaliśmy, i przychodziliśmy, i lubiliśmy tę szkołę, naszą szkołę!!! A mnie to zostało do dzisiaj, opuściłam ją na pięć lat i wróciłam znowu, bo to naprawdę jest MOJA SZKOŁA!

III Liceum Ogólnokształcące… „Trójka”… trzeci zakład… Chociaż minęło już tyle lat, te nazwy dalej wywołują u mnie wzruszenie. Nie jest ważne, które pokolenie opuszcza tę szkołę, zawsze nazywamy ją tak samo i wydaje nam się, że to właśnie my wymyśliliśmy tę nazwę. Tak było 25 lat temu, tak jest teraz i tak było przypuszczalnie przede mną.

Myśli uciekają do tych lat, kiedy jako uczennica zasiadałam w ławie szkolnej i tyle różnych zdarzeń przypomina mi się równocześnie, że nie wiem, od czego zacząć… Czy od wspomnień, gdy nagrywaliśmy kasetę dla pani profesor Krzyk, ze słynnym przebojem „… Krycha, ja nie jestem Ciebie wart(aaa…)” ułożonym specjalnie na tę okazję, czy od lekcji języka polskiego z panem profesorem J. Kamińskim, kiedy „mieszaliśmy placki ziemniaczane z błękitem nieba” i ten błękit tak utkwił nam w pamięci, że na drugi dzień wszystkie dziewczęta w klasie przyszły na język polski z ogromnymi błękitnymi kokardami we włosach… Czy kiedy wyszliśmy z matematyki od pani profesor Misterki szukać wiosny…(nie piszę, jak się to skończyło, ale wiosny szukaliśmy tylko raz!)… Czy od wspomnień, gdy chcąc wyposażyć gabinet biologiczny, szukaliśmy pijawek u starych fryzjerów, a trafiliśmy do starego zegarmistrza… Czy kiedy od Mistrza (pana profesora B. Serczyka) dowiadywaliśmy się, że nawet ćwierćinteligentami nie jesteśmy (wyjściową nazwą ucznia był półinteligent)… Czy od tego, gdy pani profesor Krzyk zaczynała lekcje w naszej klasie od zażycia relanium, mówiąc: „No, teraz mogę was pytać!”.

Marta Łój, matura 1984

Moment opuszczenia szkoły nie zapisał się w mojej pamięci znaczniejszym akcentem. Nie przypuszczałem, że kiedyś jeszcze do niej powrócę. Tymczasem z woli Opatrzności Bożej znów mam szansę wpływać jakoś na kształt naszej poczciwej – jak mawialiśmy – „budy”. Z tą jednakże różnicą, że obecnie stoję po tej drugiej stronie katedry, a rzeczywistość lat 80. to już historia.

Przyjęty zostałem do klasy o profilu biologiczno- chemicznym. Przypominam sobie, jak stałem przed listą nazwisk moich przyszłych koleżanek (jak się potem okazało bardzo sympatycznych) i kolegów, sprawdzając, czy będzie nas przynajmniej kilku, aby móc pograć w piłkę. Z ulgą stwierdziłem, że ponieważ jest nas ośmiu, więc będziemy mogli stworzyć nawet dwie drużyny. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, że mój pobyt w szkole nie będzie upływał wyłącznie na boisku. Nauki mieliśmy dość dużo. Z reguły jednak tak zwane odrabianie zadań pozostawiałem na czas godzin wieczornych i nocnych, co skutkowało niekiedy na lekcjach w dniu następnym – delikatnie mówiąc – ogólnym otępieniem. Nie można przecież jednak było poświęcać całej młodości li tylko szkole… I miałem wrażenie, że taką „filozofię” wyznawało wielu moich kompanów. Co robiliśmy w czasie wolnym? O to trzeba pytać każdego z osobna. Tak czy owak nieraz musieliśmy liczyć na solidarny gest współczucia ze strony dorosłych dla „uciemiężonej” młodzieży końca XX wieku . Zostały mi nawet nasze układane naprędce wierszyki, które wygłaszaliśmy przed profesorami na początku lekcji. Ich wartość poetycka jest wątpliwa, ale prawie zawsze „skutkowały”. Oto jeden z nich:

Każdy już na ferie czeka,

Wielki leń wchodzi w człowieka,

Nauka nam wychodzi bokiem,

Lecz nadzieja w sercu skryta,

Że nas dzisiaj nikt nie spyta.

Młodzieńczą sielankę przerwał nam wprowadzony w naszej ojczyźnie w grudniu 1981 roku stan wojenny. Pamiętam, że otrzymaliśmy coś w rodzaju „pouczenia”, aby się nie gromadzić na placach i ulicach, wracać do domów przed godziną policyjną i absolutnie nie ulegać pokusie wagarów. O ile sobie dobrze przypominam, kazano nam nosić przy sobie legitymację, gdzie miało być zaznaczone, o jakiej porze (rannej lub popołudniowej) mamy zajęcia lekcyjne. Kiedyś faktycznie byłem o to wypytywany przez napotkany opodal Arki patrol zomowców.

O modlitwie w szkole nie było w ogóle mowy. A jednak okazało się, że i w tej kwestii coś się działo. Nie mogę sobie przypomnieć, kto zainicjował to, że na jednej z przerw zaczęliśmy się gromadzić na końcu koryta, aby odmawiać z Janem Pawłem II „Anioł Pański”. I praktyka ta trwała przez jakiś dłuższy czas.

Wyjątkowym wydarzeniem był przygotowany w naszej klasie – chyba jako pierwszy w szkole – tradycyjny opłatek przed Bożym Narodzeniem. Był na nim obecny pan wychowawca – Jacek Białek, ale poza tym wszystko czyniliśmy w wielkiej tajemnicy. Niemal tak, jakby za drzwiami stał jakiś Herod.

Grono profesorskie było w mojej ocenie w porządku. Ceniłem i cenię ich jednak nie tylko za przekazywaną nam wiedzę, lecz za to, że od czasu do czasu odsłaniali przed nami coś ze swych przekonań, wyznawanego światopoglądu czy hierarchii wartości. W tym miejscu chcę wspomnieć na przykład panów profesorów: Tadeusza Matusza, Michała Poźniczka i Antoniego Downara. Z wielkim szacunkiem odnoszę się także do naszego wychowawcy pana profesora Jacka Białka

ks. Piotr Gąsior – katecheta, matura 1985

Pamiętam również lekcje historii z profesorem Downarem. Często się z nim nie zgadzałam, po prostu kłóciłam się, zawsze wszystko wiedziałam lepiej – ku radości całej klasy i utrapieniu uczącego. Wówczas zawsze miałam rację – dziś wiem, że nie jest to takie oczywiste. Ale… Ukończyłam historię, wróciłam do III LO – uczę – i teraz ze mną nie zgadzają się uczniowie. Koło się zamknęło.

Joanna Wolska – historia, matura 1985

Nasz nauczyciel angielskiego był bardzo wymagający, a sprawdziany przez niego przygotowywane przerastały zdecydowanie nasze możliwości. Przed kolejnym testem z ogromnej partii materiału w klasie zapanowała prawdziwa panika. W dniu, w którym miał się odbyć sprawdzian, zobaczyłam szkolne towarzystwo blade, mizerne i zmęczone. Nie przespaliśmy bowiem ostatniej nocy, ucząc się j. angielskiego. Niestety, poziom naszej wiedzy nie dorównywał naszemu zmęczeniu. Lekcja miała się rozpocząć o 7.30. Gdy było już 15 minut po dzwonku, a naszego nauczyciela ciągle nie było, w nasze serca zaczęła wstępować nadzieja. Ktoś wpadł na pomysł, że skoro profesora nie ma, to przeczekamy pozostałą część lekcji w bibliotece. Tam się też udaliśmy, w pośpiechu, by przypadkiem nie spotkać nauczyciela, gdyby się spóźnił. W bibliotece czas upływał nam w błogim nastroju, w końcu klasówka nam się „upiekła”. Przed końcem lekcji postanowiliśmy wrócić do klasy. Jakież było nasze zdumienie, gdy zastaliśmy w niej nauczyciela, który oświadczył nam, że owszem spóźnił się 20 minut, ale próbował nas dyskretnie znaleźć, ponieważ wiedział, że cała klasa nie mogła zniknąć. W tej chwili pogratulowaliśmy sobie pomysłu z biblioteką. Pan profesor prosił: „powiedzcie, gdzie się schowaliście, nic wam nie zrobię, tylko powiedzcie, GDZIE?”. Nie przyznaliśmy się. Tak cudowny wynalazek mógł nam się jeszcze przydać.

Joanna Murzyn – historia, matura 1988.

Uważam, że my, ówcześni uczniowie, byliśmy prekursorami wielu nowinek. Nikt z nas nie słyszał wtedy o mowie ciała, jednak wystarczyło jedno spojrzenie naszej wychowawczyni, a zarazem nauczyciela matematyki – pani profesor K. Misterki― i już wszystko rozumieliśmy! W tamtych latach nikt nie uczył nas podstaw przedsiębiorczości, a jednak pod skrzydłami naszego opiekuna (pani K. Misterki) prężnie działaliśmy w Spółdzielni Uczniowskiej. Ja pracowałam w sekcji propagandowej, a więc reklama była moją specjalnością. Hitem okazały się sprowadzone przez nas do sklepiku szkolnego czekoladki bez kartek (okres stanu wojennego). Do dnia dzisiejszego pamiętam ich smak. Osłodziły one wiele smutnych chwil, np. wówczas, gdy pani profesor Krzyk nie przyznała mi Nobla za perpetuum mobile „skonstruowane” na sprawdzianie z fizyki. Już tylko czekoladki pozostały nam na osłodę życia podczas jednej z wycieczek klasowych. Okazało się bowiem, że nasza wychowawczyni znalazła ukrytego w szafie kolegę. Dlaczego był ukryty?

Małgorzata Knap – chemia, matura 1984