Data publikacji: 15 05 2020

Trójka, trójeczka… do Trójki dostałam się w 1994 roku, chociaż opłaciłam to nie małym stresem, gdyż z mojego imienia i nazwiska na liście (wtedy wywieszane na drzwiach do przybytku) Marta Szczurek zrobiła się jakimś cudem Maria Szczupak. Ale, na szczęście okazało się, że to jednak ja i z dumą dołączyłam do 1 B: angielsko-niemieckiej. Wymarzonej. Najlepszej. Zawsze chciałam dostać się do Trójki, gdyż właśnie to liceum kończył mój tato. Cztery fantastyczne lata w moim, jak się wtedy wydawało, dorosłym życiu. Masa cudownych wspomnień. Wymiana z uczniami szkoły w Kuurne w Belgii, gdzie zakochałam się po raz pierwszy na umór. Lekcja fizyki z panią profesor Krzyk, która o 7:30, gdy szlam zaspana do tablicy mówiła zawadiacko „No nie bądź opieszała królowo”. Białe tenisówki wprowadzone w trzeciej klasie i obowiązkowa kontrola obuwia (prawie jak konkurs czystości!). Pani profesor Adamska, pieszczotliwie nazywająca nas na angielskim „robaczkas”, profesor Hernik „major”, który z zapałem uczył nas jak profesjonalnie założyć i w jakiej kolejności ściągnąć skafander przeciwchemiczny i maskę gazową. Zdjęcie mam do tej pory! Mistrz Serczyk, legenda, która nauczała moją klasę sztuki – mojego tatę również! Niezapomniane lekcje łaciny z profesor Czadowską, na których ktokolwiek odmienił się odmienić „vir, virus” z miejsca słyszał „wirusa to mój stary złapał!” Studniówka w Cracovii, na której hitem była Barbie Girl. Osiemnastki, zielone szkoły, oj działo się. Dzisiaj, po dwudziestu dwóch latach od zdania matury, jestem pewna że mój syn też będzie zdawał do Trójeczki. Wspaniałe lata, wspaniali nauczyciele, wspaniała szkoła!

To mówiłam ja,

Marta Chorosińska (Szczurek), matura 1998

„O III Liceum Ogólnokształcącym im. Jana Kochanowskiego w Krakowie mógłbym napisać książkę. O jego przemianach, o dążeniu do miana najlepszego w Nowej Hucie i jednego z najlepszych w Krakowie. TRÓJECZKA jest bliska mojemu sercu od młodzieńczych lat. Już jako uczeń przez 4 lata poznałem każdy zakątek tego magicznego miejsca. Magicznego??? Tak…dla mnie bardzo magicznego bo właśnie w TRÓJECZCE poznałem Miłość mojego życia z którą chodziłem do jednej klasy – przyszłą narzeczoną, a obecnie żonę. Po 4 latach spędzonych na AWF-ie, we wrześniu 1999 roku wróciłem na Wysokie 6. Od 20 lat jestem nauczycielem wychowania fizycznego w III LO. Przez ten okres poznałem wspaniałą młodzież, wartościowych współpracowników, a władza kierownicza zmieniała się dwa razy. Byłem wychowawcą 4 wyjątkowych klas. Na zawodach sportowych poznałem smak zwycięstwa i gorzki smak porażki. Niejednokrotnie jako trener byłem Mistrzem Krakowa. Chwil przeżytych w TRÓJECZCE nie zapomnę do końca życia. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że III Liceum Ogólnokształcące im. Jana Kochanowskiego w Krakowie jest moim drugim domem.”                                   

Bartosz Salwa, MATURA 1994

Ola Watowa, żona poety Aleksandra Wata, rozpoczęła swoje wspomnienia zdaniem: „Wszystko, co najważniejsze w moim życiu, wiąże się z Aleksandrem”. Myślę, że mogę powiedzieć coś podobnego: ogromna część tego, co w moim życiu ważne, łączy się z III Liceum. Pamiętam bardzo dobrze lekcje języka polskiego z panią J. Pyś-Miklasz, która różnymi sposobami próbowała rozruszać nas intelektualnie i skłonić do twórczego myślenia. Myślę, że to się jej udało, chociaż początki nie były obiecujące. W pierwszym czy drugim miesiącu nauki w liceum pani profesor powiedziała nam – w związku z naszymi nieudolnymi próbami analizowania jakiegoś polonistycznego problemu – że jesteśmy infantylni. O ile dobrze pamiętam, nikt z klasy nie wiedział, czy to komplement, czy słowo o wręcz przeciwnym znaczeniu. Dopiero słownik wyrazów obcych, do którego zajrzeliśmy po powrocie do domu, wyjaśnił wszystko… Kiedyś, gdy masowo nie przeczytaliśmy III części „Dziadów”, pani profesor mocno się zdenerwowała i na znak protestu przeciwko naszej ignorancji wyszła na chwilę z sali. Miała rację! Teraz, jako polonista, także uważam, że nieznajomość narodowego dramatu to zbrodnia przeciw ludzkości!  Lata spędzone w III Liceum kojarzą mi się również z zabawą w teatr. Pierwsze próby nie były zbyt udane, ale potem pod opieką pana Jerzego Ridana osiągnęłyśmy chyba niezły, jak na amatorki, poziom. Ostatecznie, zdobyłyśmy Złotą Jodłę za spektakl dadaistyczny na podstawie tekstu Tristana Tzary. Pamiętam, jak godzinami szyłyśmy ogromną płachtę z czterema otworami, w których miały się znajdować postacie: Usta, Oko I, Oko II (ja !), Nos. Podobno naszym najlepszym występem był ten na deskach Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach, ale dla mnie najważniejsza była premiera w Domu Kultury na os. Tysiąclecia, przed koleżankami i kolegami z klasy i ze szkoły. Zważywszy na to, jak bardzo nas wtedy pochłaniała ta teatralna przygoda, trochę dziwne jest, że żadna z nas nawet nie pomyślała, by zdawać do PWST ― Monika i Aneta skończyły Akademię Medyczną, Basia― socjologię, Małgosia jest biologiem. Wychowawcą naszej klasy był profesor Tadeusz Matusz – matematyk. Myślę, że wywarł duży wpływ na naszą postawę, nasze myślenie o rzeczywistości. Bardzo mile wspominam też lekcje języka angielskiego z panią Barbarą Kokosińską. Pożyczała nam kasety, które dostawała ze Stanów, a których nie sposób było kupić wtedy w Polsce. Do dziś mam kasetę U2, przegraną od pani profesor.

Małgorzata Bugajska-Solarz – język polski, matura 1990

Nie zapomnę nigdy, jak Pan Downar prześladował nas za orty na klasówkach z jego przedmiotu. Pomimo jego usilnych zapewnień, że “Polska” pisze się z dużej litery, jakoś wciąż ktoś zdawał się niedowiarkiem i pisał “polska”. Finally, powiedział nam: ” Ja wiem, że jesteście klasą dwujęzyczną – tzn angielsko-niemiecką – bo polskiego to wy na pewno nie znacie.” Jakoś nikt się nie śmiał.

Kasia Nosek (Wabno) matura 1999

Moje predyspozycje i zdolności są humanistyczne. Byłem zdecydowany wstąpić na polonistykę, co też zrobiłem. Jednak w liceum ukończyłem profil biol-chem a egzamin dojrzałości zdawałem z chemii. Zadecydowały o tym dwie rzeczy. Po pierwsze – w moim roczniku panowało powszechne przekonanie, że człowiek naprawdę zdolny i pracowity powinien wybrać któryś ze ścisłych profili. Elitę stanowił zwłaszcza mat-fiz. Human, wybaczcie mi literaci, miał po trosze opinię ścieżki dla outsiderów. Ale wybierając chemię działałem także z pobudek niskich: w moim odczuciu jest ona najprostszym do zdania przedmiotem maturalnym. Wystarczy przestudiować niezbyt gruby skrypt i mieć od Boga tę szczyptę logiki, iskierkę, dzięki której nawet najbardziej powikłane atomy i związki układają się w powtarzalne schematy i układy. Znając podstawy załatamy wtedy większość dziur w wiedzy, a oszczędzony czas możemy przeznaczyć na coś bardziej konstruktywnego niż kucie. Do dziś współczuję tym, których dopadła nieunikniona konsekwencja profilu humanistycznego: matura z historii. Udało mi się wtedy uniknąć losu biednych, zagonionych duszyczek, które wylewają hektolitry potu, tylko po to żeby wiedzieć, jak imć Drucki- Lubecki organizował kulawą ekonomię Księstwa Warszawskiego… Mimo wszystko pisemna matura z chemii nie poszła mi na tyle dobrze, żebym mógł opuścić egzamin ustny. Kiedy przyszedłem na część ustną, korytarz – poczekalnia na ostatnim piętrze, za kotarą, przedstawiał niezapomniany widok. Na jego środku zestawiono razem ze sześć ławek. Całą ich powierzchnię wypełniały płachty papieru pokryte wzorami, strzałkami i schematami. Wokół tego pandemonium, które przypominało grę sztabową, chodzili najwybitniejsi chemicy z całego rocznika i kłócili się nawzajem czy będzie reagować, jak będzie reagować i czy pójdzie bez katalizatora czy nie. Okazało się, że mat – fiz otrzymał dodatkowy zestaw pytań – same chemografy i to takie, w których były dziwaczne, z pozoru niemożliwe, przejścia między związkami. Tak więc konsylium chemiczne radziło, jak ugryźć problem. Na samym egzaminie wylosowałem wdzięczny temat, mianowicie krzem. W czasie odpowiedzi doszedłem do punktu, w którym trzeba było podkreślić podobieństwo strukturalne krzemu i węgla. I w tym momencie profesor Kuliga spytał mnie, dlaczego, skoro oba pierwiastki są tak podobne, ludzie i zwierzęta składają się jednak z węgla, a nie z krzemu. Czemu natura wybrała tak, a nie inaczej. Po namyśle stwierdziłem, że gdybyśmy byli zbudowani z krzemu, bylibyśmy mniej reaktywni czyli, przekładając na ludzki język, bardziej ospali. – Przede wszystkim bylibyśmy dwa razy ciężsi! Wyobrażasz sobie mnie, kobietę, -wyobrażasz sobie w ogóle jakąkolwiek kobietę – ważącą dwieście kilogramów?! – usłyszałem w odpowiedzi.

– Rzeczywiście… – przyznałem. – To trzeba by głębiej przemyśleć… W ten sposób dostałem szóstkę z matury ustnej. Kwestii dwustukilogramowej kobiety zbudowanej z krzemu nie rozwiązałem jednak do dziś.

Piotr Plichta, matura 1999

Połowa lat 90 to moje pierwsze kroki w Trójce, ale także w NH, w której później zamieszkałem. Miałem szczęście uczęszczać do pierwszej dwujęzycznej klasy, której skład osobowy stanowiła niesamowita mieszanka barwnych postaci, a z niektórymi osobami utrzymuję kontakt do dziś. Fenomenem było właśnie towarzystwo: na nasze osiemnastki zapraszaliśmy się całą klasą, wspólnie spotykaliśmy się w Strange’u na Szpitalnej w prawie każdy piątek, jak zmieniliśmy miejscówkę, to trzeba było zostawiać kartkę u barmana. Trójka to też czas Fekuszy, a przy okazji prób teatralnych, które często odbywały się u mnie. Przynajmniej tak mówiłem rodzicom. W ostatniej klasie mieliśmy szatnię w naszej kanciapie, ex palarni. Był czajnik do robienia herbaty, była nawet choinka, która znaleźliśmy pewnego razu na Wysokim. Ciekawe co teraz tam jest? Była też gazeta, która wydawaliśmy: Trójkąt. Generalnie dużo się działo w szkole i poza jej murami. Po latach wróciłem jako praktykant i potem nauczyciel, jednak na krótko. Niemniej jednak dobrze wspominam moich uczniów – bardzo pracowici i oryginalni.

Sebastian Florek-Paszkowski, matura 1999