Data publikacji: 09 06 2020

A z FeKuSzu to pamiętam…

FeKuSz…
Pamiętam, kiedy Pani Agata Adamska, na początku drugiej klasy zaproponowała mi, abym organizowała Festiwal Kultury Szkolnej. Od razu się zgodziłam! Ze śmiechem wspominam jej słowa „Ale Noemi, tak bez dłuższego zastanowienia się zgadzasz?! Wiesz ile to jest pracy…”na co ja odpowiedziałam „Nie ma się co zastanawiać damy radę”. Nie żałuję tego, co wtedy powiedziałam, bo myślę że przez te dwa lata, naprawdę daliśmy radę. W drugiej klasie pomagałam Oli Markowskiej w zarządzaniu całym zapleczem organizacji FeKuSz-u, dużo się od niej nauczyłam. W pierwszych minutach tego wyjątkowego wydarzenia bardzo się stresowałam i bałam się, że zaraz wszystko pójdzie nie tak i będzie do bani… wyszło inaczej, bo było cudownie i myślę, że idealnie!
Prawdziwe schody zaczęły się w trzeciej klasie – masa nowego materiału, która piętrzyła się z dnia na dzień, ciągle wypowiadane słowo „‚matura” przez nauczycieli, a do tego wszystkiego był FeKuSz, a to ja w tym roku byłam Olą Markowską i nie było już kogoś, kto za mnie coś zrobi… Nie będę ukrywać, że naprawdę było bardzo ciężko. Jednak w tych trudnych chwilach, niesamowicie pomagała mi, o rok młodsza Martyna Caba, z którą się zaprzyjaźniłyśmy i przyjaźnimy do teraz. Pamiętam, jak w drugiej klasie, na Świętej Wojnie zobaczyłam ją na trybunach. Znałam jej starszą siostrę – Roksanę, a Martynę obserwowałam od początku jej przyjścia do naszej szkoły. Postanowiłam do niej zagadać. Nie zapomnę mojego faux pas, podeszłam do niej i zapytałam „ Roksana prawda?”, tak dokładnie powiedziałam Roksana, choć wiedziałam, jak ma na imię… Od tej głupiej pomyłki, zaczęłyśmy się przyjaźnić. Wiedziałam, że jest osobą bardzo zorganizowaną i pomocną, więc zaproponowałam naszemu przewodniczącemu, aby weszła w szyki Samorządu Uczniowskiego. Tak się stało i był to strzał w 10! Bardzo szybko się w nim odnalazła, a ja się cieszyłam, bo byłyśmy tam razem i wiedziałam, że będzie zabawnie. Potem, gdy Martynka zaczęła się bardzo udzielać w życiu szkoły postanowiłam, że to ona zostanie moim zastępcą FeKuSzowym. Kolejna świetna decyzja. Zawsze była gotowa i robiła każdą rzecz najlepiej na świecie. Wszystko robiłyśmy razem i zawsze z uśmiechem i śmiechem! Obie bardzo się stresowałyśmy, tym jak to wszystko wyjdzie i czy wyjdzie. Naprawdę włożyłam w to 2 lata ogromnie ciężkiej pracy, więc presja narastała z każdym dniem. Z Martyną nawiązałyśmy piękną więź i do tej pory traktujemy się jak siostry. Wszystko robiłyśmy „na poważnie”, ale nie zapominałyśmy o tym że musi być też zabawnie. Tak było. Myślę, że Martynka w przyszłym roku odniesie ogromny sukces i FeKuSz będzie jeszcze lepszy. Naprawdę jej potencjał i zdolności są ogromne i wierze, że je dobrze wykorzysta.
Nie mogę zapomnieć o jednej osobie – Pani Agacie Adamskiej! Była naszym aniołem stróżem i jak to kiedyś sama powiedziałam – FeKuszową mamą
Jestem jej wdzięczna za każdą najmniejszą pomoc i nigdy jej nie zapomnę ile w Nas włożyła pracy i chęci, abyśmy wyszli na ludzi.

Noemi Zjawiony

Na początku pierwszej klasy o FeKuSzu wiedziałam tyle, ile zdążyłam usłyszeć od starszych kolegów. Wiedziałam, że jest to takie trójkowe ‘mam talent’, ale nie zastanawiałam się nad tym nic więcej. Dokładnie pamiętam dzień Świętej Wojny, gdy podeszła do mnie Noemi, którą do tej pory kojarzyłam z Samorządu Uczniowskiego. Zaczęła mi wtedy opowiadać coś więcej o festiwalu, jego organizacji i samej pracy samorządu. Śmiało mogę powiedzieć, że dzięki tej rozmowie zrozumiałam, że żeby żyć w trójce, muszę włączyć się w jej życie! Noemi namawiała mnie żebym spróbowała włączyć się w samorząd, a parę miesięcy później już w nim działałam. To właśnie dzięki tej rozmowie, wśród okrzyków dopingujących naszą szkołę, znalazłam przyjaciółkę, która każdego dnia pomagała mi i uczyła funkcjonować w naszej szkole. Dzięki niej włączyłam się w organizację FeKuSzu i wiem, że była to dobra decyzja. Wiedziałam, że przede mną dużo pracy, przez co czułam ogromną presję. Ciągle myślałam o tym, że podczas tegorocznego FeKuSzu muszę się wszystkiego nauczyć, by za rok wiedzieć co robić. Noemi cały czas mnie motywowała i mówiła, że za rok świetnie sobie poradzę. Sama gala była bardzo stresująca, czułyśmy ogromną presję, ale myślę, że to dodatkowo nas zbliżyło. Sądzę, że dałyśmy rade, a na pewno, że dałyśmy z siebie sto procent! Wiem, że w przyszłym roku czeka mnie jeszcze większe wyzwanie, by pogodzić organizację FeKuSzu z maturą, ale jestem pewna, że z pomocą innych osób dam rade. Bardziej doskwierać mi będzie brak Noemi, która przyzwyczaiła mnie do swojej obecności, ciągłych rad, wspólnego śmiechu i wzajemnego motywowania się. Myślę, że FeKuSz to będzie jedno z tych najważniejszych wspomnień z mojego licealnego życia. Dał mi on naprawdę dużo i pokazał, że coś co wygląda na łatwe wcale takie nie musi być. Dzięki niemu zyskałam dodatkową pewność siebie, a co najważniejsze, poznałam niesamowitych ludzi i to właśnie z tymi przyjaźniami już zawsze będzie kojarzył mi się FeKuSz i za to będę mu wdzięczna.

Martyna Caba

Czas trwania Festiwalu Kultury Szkolnej w Trójce zawsze był dla mnie niezwykły.  Pierwszy mój FeKuSz odbywał się jeszcze w salce przy kościele św. Józefa na osiedlu Kalinowym. Kolejne dwa gościły już w Teatrze Łaźnia Nowa. Dla mnie FeKuSz zaczynał się często na długo przed dniem występów. Pamiętam nasze klasowe „burze mózgów”, pisanie scenariusza a także spory związane z rozbieżnymi wizjami artystycznymi. Z wielką radością wspominam całodzienne próby, eliminacje, aż w końcu dzień występów. Jako współtwórcy występu nagle mieliśmy zupełnie inne tematy do rozmów, a często poznawało się lepiej osoby, z którymi wcześniej niewiele nas łączyło. Funkcja edukacyjna też w pełnym stopniu była realizowana, bo po latach widzę, że FeKuSz to był wspaniały trening zdolności organizacyjnych, kreatywności, radzenia sobie ze stresem czy pracy zespołowej – a są to teraz tak bardzo pożądane umiejętności w pracy zawodowej. W pamięci szczególnie zapadła mi garderoba w Łaźni Nowej, gdzie przygotowywaliśmy się wspólnie do występów – często wiązało się ze sporą charakteryzacją. To już był prawdziwy teatr, więc czuliśmy się artystami. Zdarzyło mi się występować w szkolnych przedstawieniach wcześniej, jednak nie była to profesjonalna scena. Dlatego pamiętam, że byłam bardzo zaskoczona odkryciem, iż aktor będąc na scenie faktycznie widzi tylko pierwsze 2-3 rzędy widzów, a reszta to ciemność. Co absolutnie nie zmniejszało dawki odczuwanej tremy. W przedstawieniu pt. „Dziady” w którym grałam guślarza, w pewnym momencie miałam zapalić świeczkę i pamiętam do dziś jak duże drżenie rąk mnie dopadło. Dosyć długo zeszło mi z ich opanowaniem i zapaleniem tej świecy, więc potrzebna była mała improwizacja, aby wybrnąć z sytuacji. Z kolei widowisko pt. „Żywioły” było dla mnie erupcją emocjonalną, w której pozwoliłam sobie na zaszaleć i po prostu płynąć z prądem występu. Niewątpliwie są to wspomnienia na całe życie. Miałam też okazję poznać FeKuSz z trzech perspektyw: widza, aktora oraz jurora. Można więc powiedzieć, że wchłonęłam tę atmosferę garściami z różnych punktów widzenia. Każdy inny, każdy urokliwy. Miałam okazję odwiedzić FeKuSz także po opuszczeniu szkolnych murów, za czasów mojego studenckiego życia. Miło było znów poczuć ten unikatowy klimat. Do tej pory śledzę doniesienia na temat fekuszowych wydarzeń poprzez facebookowe relacje. Całe szczęście że jest sztab osób, które dbają o medialny przekaz tych informacji – nie przestawajcie! Dzięki temu można być na bieżąco z nowymi trendami w fekuszowych występach oraz powspominać własne wyczyny. Działacie dalej, „show must go on” i FeKuSz także!

Aleksandra Skowrońska (obecnie Aleksandra Żaba)

Fekusz to w skrócie mieszanina emocji, chaosu, tremy, ekscytacji i ostatecznie spełnienia. Bardzo się cieszę, że miałam zaszczyt tak często występować na scenie, śpiewając i grając z klasową ekipą. Może to zabrzmi zbyt górnolotnie, ale Fekusz był takim wydarzeniem, które dawało namiastkę wolności, poczucia czegoś większego, tęsknoty, transgresji. Kto był ten wie. Przez 3 minuty piosenki odsłaniałam całą siebie, bez strachu, bo w atmosferze ciszy i szacunku (za co w duszy dziękowałam publiczności). Nawet jako absolwentka nie mogłam przepuścić okazji, dzięki czemu zaśpiewałam jeszcze raz, w towarzystwie pięknych i pięknie śpiewających koleżanek, które również nie mogły się rozstać z deskami teatru. Teraz, w roli widza zaskakuje mnie pasja, pomysły, natchnienie następnych pokoleń. Nie mogę się doczekać co zobaczę i usłyszę podczas kolejnej gali…

Zosia Stachak

Festiwal Kultury Szkolnej to coś co pociągnęło mnie od razu. Jest we mnie sporo zainteresowania muzyką i teatrem, chociaż ani z pierwszym ani z drugim dobrze się nie znam. Mówią, że umiem śpiewać, więc chcąc sprawdzić czy to fakt zapisałem się do eliminacji na swego rodzaju trójkowy konkurs talentów, gdzie oprócz wokalu wystawiliśmy z przyjaciółmi debiutancką interpretację Hamleta według tekstu Jeremiego Przybory. Publiczność dała nam do zrozumienia, że chce więcej, dlatego przez cały okres liceum realizowaliśmy się teatralnie pisząc scenariusze pod następne “FeKusze”; Pieśń o Rola(n)dzie– tym razem autorskie przedstawienie oparte na eposie o znanym każdemu licealiście francuskim kozaku w zbroi i The Scapegoat- angielskojęzyczny spektakl (całość była tłumaczona napisami na polski) noire o morderstwie w Los Angeles z lat 40’ XX wieku, Sama praca nad scenariusze, wykręcanie się- kolokwialnie mówiąc- z lekcji, żeby ćwiczyć przed premierą i sam jej dzień to były jedne z najlepiej wspominanych przeze mnie dni mojego życia, a teksty dalej trzymam w szafie z sentymentem co jakiś czas zerkając na tytuł wyłaniający się spomiędzy różnych umów i innych dokumentów. Obok spektaklu, zawsze wystawiałem swój wokal na deskach Łaźni Nowej, gdzie FeKusz-e miały miejsce, ale ponieważ zawsze maksymalną uwagę skupiałem na naszych przedstawieniach; zgraniu świateł, próbach i innych aspektach organizacyjnych, a także aktorskich, to śpiew traktuję jako świetną rozrywkę i cieszę się, jeśli mógł kogoś ucieszyć. Podobnie spektakle- największa radość maluje się zawsze na twarzach publiczności (chociaż w Łaźni było zwykle ciemno na widowni, to czuło się, że krzesła ruszają się od wstających z nich, klaszczących ludzi i to było wspaniałe)

Piotr Smoleń

Wspomnienia z FeKuSzu ze Sław Trójki:

Mikołaj Grzyb: Na początek, standardowo, zapytałam o Fekusz, bo za jego przyczyną mieliśmy możliwość poznać Naszego Gościa. W dużych superlatywach Mikołaj przyznał, że mało które liceum daje takie możliwości wyrazu i wolną rękę swoim uczniom. Tak więc, jak tylko dostał się do Trójki, postanowił sprawdzić, co to jest ten Fekusz i … się odnalazł. Mikołaj brał udział we wszystkich Fekuszach. Nasz festiwal pozwolił mu pokazać się takim jakim chciał: nie z intelektualnej strony, jaką można ujawnić na (niektórych) lekcjach – bo człowiek, oprócz mózgu, ma przecież serce, swoje wnętrze i emocje. „Występując dawałem z siebie 100% w taki sposób, żeby ludzi np. zmusić do myślenia, albo zainspirować. Żeby ludzie mieli świadomość, że w Trójce nie tylko są lekcje, ale też i sztuka. Ta szkoła tym żyje. Jak zaczyna się Fekusz, to wszyscy o tym rozmawiają. Wszyscy. Z ręką na sercu.” Docenia możliwość wystąpienia na festiwalu i przyznaje, że dało mu to lekcję swobody na scenie i umiejętność panowania nad stresem, który jest nieodzowny, zarówno w teatrze, jaki i w życiu. Ma na swoim koncie rolę Hamleta, krótką, bo krótką – w scenie konferansjerki na swojej pierwszej Gali, ale ile jest osób, które na scenie mogą wypowiedzieć ten słynny monolog? Mikołaj wspomina: „To był dla mnie szok. Bałem się wyjść na scenę. A co, jak mi nie wyjdzie, jak powinie mi się noga, albo stanę na scenie i się zatnę?” Ba, mało tego, Mikołaj pamięta, że po spektaklu miał głębokie przemyślenia o sensie życia człowieka, bo niby żyjemy tylko chwilę… Czyli rolą sztuki może również być refleksja na własnym życiem. Piękne! A to dopiero był początek! I po swoim pierwszym Fekuszu, od razu chciał więcej. Połknął bakcyla! Druga klasa. Mikołaj  opowiada o tym, jak wraz z Piotrem Smoleniem i Michałem Kozubem budowali swobodny re-make średniowiecznego dzieła „PieśŃ o Roladzie”, podkreślając, że ważne kwestie życiowe nie muszą wcale być wyłącznie surowe i poważne: „Można pokazać wiele wartości uniwersalnych, jak honor, odwaga, uwielbienie ojczyzny w sposób lekki i przyjemny. I wcale nie trzeba patosu czy uniesień, czy jakiś dramatów okropnych.” Uważa również, że taka forma przekazu trafia bardziej do młodzieży niż ta klasyczna. Klasa trzecia. Spektakl napisany przez Kacpra Bylicę: Tannhauser. W międzyczasie powstają dwa bardzo oryginalne filmy: „Sztab 1” i „Sztab2”, które z początku miały być tylko komiczne, ale okazały się czymś znacznie większym. Z tym wiąże się pewna historia. Jedna z jurorek miała wątpliwości co do sposobu przedstawienia jednej z postaci, ale grający ją Kacper Nieugięty, w orężu prawa sztuki do wolności, uratował swojego bohatera, wskazując wspomnianą wartość sztuki – co zostało zaakceptowane. Była to dla nas wszystkich, a szczególnie dla Mikołaja ważna lekcja życia. (…)Moje „zachęcałabyś młodych do Fekuszu?” zabrzmiało więc co najmniej  pretensjonalnie: „No pewnie, że tak!”

Mateusz Hajduk: Pierwszy FeKuSz Mateusza to od razu górna półka: rola Hamleta…na wesoło. „Bo sztuka nie jest taka zła!” – jak mówi Mateusz, oddemonizując „Hamleta”. Tekst pisany wspólnie z przyjaciółmi: ”Chłopaki, zróbmy taki format! Może się to przyjmie! Ludzie będą się śmiać.” I był to strzał w dziesiątkę: pomysł i wykonanie nagrodzone owacjami! Natchnieni absolutnym sukcesem decydują się w kolejnym roku na „Pieśń o Roladzie”. „Na początku strasznie mi się to nie podobało, bo dostałem rolę narratora…”….”Ale, co TY, Mateusz!”, przerywam mu, „Toż to było rewelacyjne! Jakaś bajka!” Hm, no tak, bo Mateusz miał był Roladem (którego w końcu zagrał Maciek Dereń)…żal zrozumiany, ale nie ma tego złego…Mateusz postanowił zbudować swoją rolę tak, że….dostał nagrodę! „W pewnym momencie czytałem swój tekst, jak komentator sportowy. To było improwizowanie na żywo! ”I znowu rewelacja! Trzeci FeKuSz doczekał się zmiany konwencji: powstał „Scapegoat”. I choć, jak to Mateusz ujął: „Lubię rozumieć to, co mówię, a u mnie z angielskim… i gdyby chłopaki wpletli mi jakieś wulgaryzmy…” Ale od początku. Grając w grę Mafia, skład Scapegoata (Bartosz Nerć i Piotr Smoleń), wpadł na pomysł i uskutecznił pierwsze kwestie historii pewnej śmierci granej…po angielsku. Lata 20ste i 30ste w Los Angeles i nieco nadszarpnięty czasem i lekko utykający detektyw, bo jak Mateusz wspomina :”ja zawsze jakiś smaczek do postaci wrzucę.” Dalej Mateusz komentuje: „To było niesamowite. Mieliśmy to wszystko rozpisane na dwóch dużych tablicach korkowych: co z którym wątkiem się łączy i do czego ma to doprowadzić.” Zawiła, ale ciekawa fabuła i rewelacyjne wykonanie. To nie mogło się inaczej skończyć: kolejne owacje! W kolejnym „Scapegoacie” rola Mateusza musiała być proporcjonalna do możliwości czasowych, czyli: wyszedł na scenę i go zabili! J Na pożegnanie z Trójką Mateusz wybiera udział w sztuce nie do końca współgrającej z jego wesołą naturą, ale wartą wielkiego wysiłku, jaki musiał włożyć w nauczenie się bardzo długiego tekstu. Mowa tu o roli Wolframa von Eschenbach w „Tanhauserze” napisanym i zagranym przez Kacpra Bylicę. „Tutaj nie było miejsca na improwizację. Tutaj trzeba było od A do Z. Musiałem to wszystko wykuć na pamięć” – a tu matura w zanadrzu. (…) Ja te emocje poczułem dopiero na Gali. To był mój ostatni FeKuSz i poprzysięgłem sobie, że ja to tak zagram, że ja po prostu będę tą postacią. I tak też się stało.” Nie muszę tego komentować, znowu rewelacja!

Konrad Łysek: Z FeKuSzu najbardziej pamięta „atmosferę i klimat, zarówno na scenie jak i przed nią. Zapach sprzętu i emocje, jakie można tam doświadczyć – bezcenne.” Dodaje, że „FeKuSz bardzo rozwija i motywuje do dalszego działania artystycznego, takiego jak muzyka, teatr, taniec i inne.” I tak się chyba stało z Konradem Łyskiem.

Kamila Nechajewicz: Pytanie o FeKuSz wywołało lawinę wspomnień i szeroki uśmiech. Kamila pamięta wszystko, absolutnie wszystko: „eliminacje, występ w teatrze, ogromna ilość osób przede mną, ogromne emocje, a stresowałam się strasznie, serce mi waliło, ale byłam ogromnie szczęśliwa. To była niesamowita przygoda.” Najbardziej pamięta ostatni występ na Gali, na którym występowała z Julką (nie pierwszy z resztą raz). Pamięta również stres w garderobie oraz….pizzę ;). Oczywiście musiałam zapytać o samą ideę FeKuSzu. Kamila stwierdziła, że takie wydarzenie ma jak najbardziej sens, bo „pokonujemy słabości, walczymy ze stresem i strachem. Rozwijamy się też jako artyści. Możemy pokazać całych siebie. I jest to bardzo potrzebne.” Bardzo namawia do uczestnictwa w FeKuSzu i uważa, że nie powinno się obawiać złej opinii, bo jeśli tylko ktoś czuje się dobrze w tym, co robi, powinien posłuchać swojego serca i spróbować. I taki występ przed kimś kogo się zna bardzo pomaga później, jak występuje się przed większą i obcą publicznością. Kamili pomógł bardzo w występach na Mistrzostwach czy w Szkole Tańca Egurroli, do której uczęszcza, Egurrola Dance Studio Kraków.

Kacper Bylica: Kacper wspomina swoje fekuszowe początki w 2016 roku wymieniając Bartosza Nercia, który namówił go do współtworzenia konferansjerki na Galę. To jego przypadkowe (jak utrzymuje, choć ja w przypadki nie wierzę) przedsięwzięcie zaowocowało tyradami śmiechu i oklaskami, w dużej mierze jego autorstwa montypythonowskich perypetii aktorów chorych na szekspiriozę (któż inny mógł wymyślić taki wątek!): „Pamiętam, że grałem aktora, który wcielił się w Ryszarda III (prorocze?!) i biegał po scenie w piżamce krzycząc: Konia, konia, królestwo za konia! do tańca z Gangnam Style.” Była też scena z „Żywota Briana”, w której Kacper w czapce – wyglądając jak Żyd – ze swoim sporym zarostem, targuje się z Bartoszem Nerciem. I choć z początku wahał się, czy stworzyć coś swojego, jakąś poważną formę dramatyczną, chęć pokazania się zwyciężyła. Kacper mówi, że jego szekspirowski bzik zaczął się od „Romeo i Julii”; potem wgryzał się w „Mackbeta”, „Hamleta”, żeby w końcu trafić na „Ryszarda III”. Dlaczego ta postać, pytam Kacpra: „Ryszard III zachwycił mnie formą podawczą, formą kreacji świata. Mamy postać, która jest zaprzeczeniem typowego głównego bohatera: to osoba kulawa, garbata, o bezwładnej ręce, która pomimo tego, że wojna się skończyła, nie jest tym faktem zachwycona i znowu chce wojny, bo czuje się pominięta: Wszyscy bili mi brawo, jak byłem na wojnie, a teraz wszyscy mną gardzą.” Pomysł z Ryszardem III nie był świeży, gdyż zrodził się w gimnazjum, ale wciąż był bardzo młodzieńczy, tak więc w liceum Kacper postanowił przeanalizować tę postać jeszcze głębiej i dojść do nowych wniosków. Efekt? Owacje na stojąco, w pełni zasłużone, choć w czasie spektaklu na widowni panowała kompletna cisza!

Ania Cebula: Moje pierwsze z Anią spotkanie to oczywiście przesłuchania do FeKuSzu; dla pierwszoklasistów to nie byle jakie przeżycie: początek drogi, która kończy się Galą i fanfarami, a dla niektórych…ale to za chwilę. Ania najlepiej pamięta swoje pierwsze eliminacje: „wszystko było wtedy dla mnie takie świeże i dopracowane.” Na początek nie lada wyzwanie, piosenka śpiewana przez mężczyznę, Sama Smitha, ‘Not the only one’. Dla mnie wielka odwaga, bo zaśpiewała ją delikatnie odwracając dynamikę przekazu oryginału. W drugiej klasie wystąpiła przy akompaniamencie Przemka Pytla śpiewając Meghan Trainor  ‘Like I’m gonna lose you’. No, to była kolejna bomba! Ale podwyższona poprzeczka miała jeszcze pofrunąć w górę, kiedy w klasie trzeciej zaśpiewała znany, bo już tutaj publikowany, utwór autorski ze swoim Cebulowym zespołem. Nie cover, nie remake, ale swoją piosenkę! (…) Co jest w tym FeKuSzu?, pytam. Ania od razu odpowiada: „Bardzo spodobała mi się ta forma (…) z roku na rok każdy z nas rozwijał się i chciał pokazać jeszcze więcej.” No to: ta dam! Wzięła i pokazała! I nie tylko jako występująca, ale również jako pomysłodawczyni zaśpiewania przez wszystkich wykonawców utworu wieńczącego Galę: „Dach” Sound and Grace. Pamiętam jak dziś, kiedy na jakiś miesiąc przed Galą spotykaliśmy się wszyscy karnie w Sali na długiej przerwie ćwicząc na glosy, żeby wyszło cudnie. A wyszło … jeszcze lepiej! Śpiewała scena, śpiewała widownia! Niezapomniane!

Gabrysia Marat: Pamiętam, że podczas swoich pierwszych eliminacji do Fekuszu zaśpiewała Radioactive, Imagine Dragons w taki sposób, że na chwilę zapomniałam oddychać! Nie mówiąc o tym, że zapomniałam, po co mam aparat w ręce! Ta piosenka jest dynamiczna, a Gabrysia zrobiła z niej delikatną, ulotną ale jednocześnie bardzo mocną w przekazie cichą balladę. To jest prawdziwa sztuka! I pomimo, że akurat podczas tych eliminacji jeszcze dwie wokalistki zmierzyły się z tą piosenką, Gabrysia rozwaliła system i jednogłośnie przeszła do Gali, a śpiewając People Help People, Birdy, po prostu wygrała, tak po prostu. Zresztą interpretacja dla Gabrysi to chyba w żyłach jej płynie zamiast krwi, ponieważ potrafiła ze wszystkiego zrobić coś innego. Dla mnie hitem hitów i kompletnym szokiem był występ na kolejnej Gali Fekuszu (bo, oczywiście przeszła eliminacje tak szybko, że nawet nie pamiętam głosowania!!!), kiedy zaśpiewała…..wielorybem!!! Tak, Gabrysia zamieniła się z wielorybem na głosy i wykonała coś absolutnie niesamowitego! (W filmie Tomka Matlęgi jest fragmencik) Owacje na stojąco, no i oczywiście zwycięstwo w kolejnym Fekuszu. Trzeci Fekusz (znów wygrany, no, to już jest NUDNE! 😉 ) to również niezapomniany występ, Brother, Matt Corby, którym się z nami pożegnała, ale….nie na długo! W czasie Gali tegorocznego Fekuszu wraz z Anią Cebulą, Marysią Bator i Zosią Stachak wykonały a capella złożony z fragmentów piosenek utwór, który rozpalił publikę, a to był dopiero początek festiwalu! Jeszcze miała siłę i chęć na jurorowanie nam podczas eliminacji.

Grzegorz Pyko: Zapytany o ich sens (FeKuSzy) z entuzjazmem przyznaje, że taki festiwal daje szansę pokazać co inni ludzie robią w sztuce, czy to w tańcu, teatrze, czy w muzyce, jak chcą siebie wyrazić, co potrafią. Dodaje, że można również zawrzeć jakieś przyjaźnie, poszerzyć horyzonty. Mówi, że w czasie fekuszowej przygody widzi się i poznaje swoich kolegów z ławki szkolnej z zupełnie innej perspektywy, a w Jego wypadku, powychodziły z tego fajne znajomości. Dodaje rzecz bardzo istotną: „Wiadomo, że jak jest się młodym, to szkołę traktuje się jako wieczne zło i przymus, i że trzeba chodzić na te lekcje. A Fekusz to była naprawdę fajna odskocznia. Można wtedy było robić coś, co sprawiało ogromną radość.” Grzegorz zgodził się ze mną, że występ na gali w prawdziwym teatrze to taka pierwsza okazja wystąpienia przed poważną publiką. Dodał do tego konfrontację z własnym stresem i, tak naprawdę, zmierzenie się ze sobą, czy chcemy coś takiego robić teraz i być może to kontynuować. „Ktoś mógłby stwierdzić po pierwszym występie, że poziom stresu był tak duży, że nie był w stanie zagrać czy zaśpiewać, bo go to przerosło. Teraz pytanie: czy będzie z tym walczył, czy się podda. I powiem też tak: lepiej, jak się pomylisz w gronie znajomych niż przed obcą publiką, bo może to kosztować o wiele więcej stresu i wysiłku. A tak, koledzy i znajomi może się trochę pośmieją, ale – tak jak rodzice dziecka uczącego się grać na instrumencie – będą go wspierać i motywować.”